25-50 km Średnio trudna

3 państwa w 1 popołudnie

on
22 czerwca 2020

Szutry, trochę bruku, niewiele asfaltu, a dla odważnych leśne ostępy koło Ściborek. Długość: 40 km. Trasa średnio trudna.

Banie Mazurskie – Zakałcze Wielkie – Zabrost Wielki – Mieduniszki Wielkie – Rapa – Żabin – Ściborki – Banie Mazurskie

Startujemy w Baniach Mazurskich – po drobnych reparacjach u miejscowego mechanika ruszamy drogą w stronę Żabina i Rapy, przez most na Gołdapi (atrakcyjna rzeka na spływy kajakowe), a za mostem w lewo do Zakałcza Wielkiego. Ta oryginalna nazwa podobno nie pochodzi od wielkiej kupy g****, jako że „kał” w staropolszczyźnie znaczył „błoto”, a więc inaczej to „Zabłocie Wielkie”. Znajduje się tam dwór z II poł. XIX w., a nieopodal, na skraju Lasów Skaliskich – kaplica grobowa rodziny Steinertów (zapisujących swoje nazwisko również jako Steiner), wybudowana ok. 1860r. Ewangelicka rodzina Steiner w 1734r. wyemigrowała do Prus z okolic Salzburga w wyniku prześladowań religijnych. Serce wyryte w kamieniu robi niezwykłe wrażenie.

Po obejrzeniu kaplicy próbujemy przedrzeć się mało uczęszczaną drogą, przechodzącą w ścieżkę, do mostu na Kanale Brożajckim, zaznaczonego na mapie i pokazywanego przez GPS. Niestety, most okazał się być w stanie mało zachęcającym do poruszania się po nim, nawet rowerem. A zresztą drogi po drugiej stronie mostu też nie było. Ale za to jakie piękne okoliczności przyrody!

Pozostał odwrót i objazd do następnego mostu na kanale, w Bąkowie. Kanał Brożajcki, łączący Gołdapę z Węgorapą i zaczynający się właśnie w okolicach Zakałcza, powstał w 1733r. w celu spławu drewna do Królewca. Jest to jeden z najstarszych kanałów na terenie Polski. Obecnie można dzięki niemu przepłynąć te dwie piękne rzeki w ramach jednego spływu.

Przez las dojeżdżamy do leśniczówki w Bąkowie, malowniczo położonej nad kanałem, i jedziemy wzdłuż niego na północ. Kanał zarasta roślinnością, a bobry mają tam swoje królestwo. Koło spalonej gajówki skręcamy w lewo w Lasy Skaliskie, przez bagno Minta. Na terenie Lasów Skaliskich znajdowało się niegdyś wielkie polodowcowe jezioro Miryt, którego pozostałością jest właśnie bagno Minta. Występuje tam wiele cennych gatunków dzikich zwierząt, takich jak rysie, wilki, jelenie, łosie, wydry, borsuki i jenoty. W okolicach gniazdują różne gatunki ptaków, m.in. zimorodki, perkozy, czaple i żurawie.

Po zachodniej stronie Lasów Skaliskich, w Budzewie, skręcamy w prawo w stronę Skaliska, po czym zadziwiająco porządnym asfaltem jedziemy przez las. Tu naprawdę diabeł mówi dobranoc. W Skalisku w lewo i przez most na Węgorapie do Zabrostu Wielkiego.

Zabrost to założona w XVI w. wieś szlachecka z dworem, zniszczona podczas I wojny światowej, a następnie odbudowana w całości według kompleksowego projektu berlińskiego architekta Karla Kujatha. Wyjątkowość tej zabudowy polega na znakomitych proporcjach wielu przecinających się elementów i płaszczyzn: szachulcowych ścian, dachów, podcieni, doświetleń, okien i gzymsów. Domy stoją bokiem do drogi, połączone z budynkami gospodarczymi wysokimi, paradnymi bramami.

W marcu 2017r. cała wieś została zeskanowana specjalnymi skanerami 3D przez zespół naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego. Następnie do tak pozyskanych danych „dobudowują” oni nieistniejące budynki i brakujące elementy przekształconych budowli. W ten sposób powstaje wirtualny Zabrost, podobny do tego zbudowanego sto lat temu.

Oprócz wyjątkowej architektury wsi, w Zabroście warto również zobaczyć stary cmentarz (jak stary, to widać choćby po drzewie zrośniętym z ogrodzeniem), a także niemieckie umocnienia z czasów II Wojny Światowej, tzw. „garnki Kocha” – od nazwiska Ericha Kocha, nazistowskiego gauleitera Prus Wschodnich.

Te niewielkie, prefabrykowane betonowe bunkry, produkowane masowo i przewożone  w komplecie na miejsce, swą nazwę zawdzięczają cylindrycznemu kształtowi i zaokrąglonej „pokrywce”. Jeden z takich bunkrów został oczyszczony, odkopany i dokładnie zbadany; znajduje się na skraju wsi, tuż obok tablicy z napisem „Granica Państwa – przekraczanie zabronione”. A kawałek dalej już Rosja i faktycznie, przekroczenie granicy może się wiązać z przykrymi konsekwencjami (zresztą nawet i bez przekraczania dostaję SMS-a „Witamy w Rosji, 4,90 zł/min rozmowy”, a po miesiącu rachunek za roaming…)

Podziwiamy więc tylko piękny widok na dolinę Węgorapy, gdzie jesienią można oglądać tysiące żurawi przygotowujących się do odlotu, po czym zawracamy, a po wyjechaniu z Zabrostu jedziemy na wschód, do Mieduniszek i Rapy, po starym pruskim bruku. Nie jest to może najwygodniejsza nawierzchnia, ale za to jak pięknie…

W Mieduniszkach (są nawet Mieduniszki Małe i Mieduniszki Wielkie – jedne i drugie do metropolii, delikatnie mówiąc, nie należą) przejeżdżamy przez Węgorapę (tutaj kiedyś startowaliśmy do transgranicznego spływu kajakowego Węgorapą-Angrapą – jeśli w przyszłości będzie się jeszcze odbywał, co zważywszy na zamknięcie przez PiS małego ruchu granicznego z Obwodem Kaliningradzkim, jest mocno wątpliwe, to gorąco polecam), po czym zwiedzamy ruiny neobarokowego pałacu z początku XX w. Majątek ziemski w Mieduniszkach należał od XVIII do końca XX w. do rodziny von Fahrenheid, a później do rodziny Schmidt von Altenstadt. Obecnie własność prywatna – niestety jest bliski zawalenia.

Z Mieduniszek jedziemy dalej na wschód do Rapy, gdzie znajduje się słynna „mazurska piramida” – grobowiec rodziny Fahrenheid z początku XIX w.

Przed piramidą, do której wiedzie wygodna przecinka na śródleśnej grobli, dwa konkurencyjne parkingi, gdzie można kupić miejscowe rękodzieło, ale niestety niczego do picia ani do jedzenia. A my od początku naszej dzisiejszej wycieczki nie napotkaliśmy żadnego sklepu. Cóż, pocieszamy się że na pewno będzie w pobliskim Żabinie. I faktycznie jest, tyle że… zamknięty na głucho. Cóż, Biedronki i Lidle w okolicy robią swoje…

Z  Żabina ruszamy już z powrotem na południe, w stronę Bań Mazurskich. Ale po drodze nie sposób nie odwiedzić kolejnego „państwa” na naszej trasie, a mianowicie Republiki Ściborskiej. Rządzi tam Darek Morsztyn – „Biegnący Wilk” i jego 40 psów zaprzęgowych.

Nie wolno jeść mięsa (chyba że się jest psem), pić alkoholu, palić papierosów ani przeklinać. Darek – maszer, harcerz i ekolog – właśnie wybiera się z rodziną do Norwegii. A zimą planuje kolejny start w norweskim Finnmarkslopet – jednym z najtrudniejszych na świecie wyścigów psich zaprzęgów na dystansie 1000 km. Ratuje nas pajdą chleba z własnym, znakomitym miodem, i zimną wodą prosto ze studni – żaden stek ani schabowy się nie umywa!

Posileni i napojeni ruszamy dalej. Ale żeby nie było za prosto, to nie bezpośrednio do Bań, tylko przez Jezierzyny i wzdłuż jez. Czupowskiego do Gryżewa. To już Góry Klewińskie. Darek ostrzegał lojalnie, że będzie błoto. I było! Pełno błota. W dodatku nie dało się zatrzymać choć na chwilę, bo rój krwiożerczych bestii natychmiast obsiadał nas szczelnie i wysysał każdą kroplę krwi. Liczyłem na to, że będzie można przed nimi uciec do jeziora, ale niestety było szczelnie zarośnięte krzakami i pokrzywami. W dodatku… droga się skończyła.

Musieliśmy przedzierać się przez te chaszcze, nierzadko z rowerami na plecach. Na szczęście w końcu dotarliśmy do jakiejś w miarę cywilizowanej drogi, które doprowadziła nas do Gryżewa, a stamtąd do Bań Mazurskich. Okolice Gór Klewińskich to niezwykle malownicze, dzikie tereny, z dużymi przewyższeniami, wyludnione.

I na koniec naciskamy mocniej na pedały, by zdążyć na kultowe, tradycyjne lody Pani Danuty w Baniach Mazurskich…

Ze względu na problemy z zasięgiem powyższa mapa ma charakter orientacyjny.

TAGS
RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT

KRZYSZTOF
Mazury

Urodziłem się na Mazurach, nauczyłem jeździć rowerem w wieku lat 3, a jednym z moich pierwszych wspomnień z dzieciństwa była fascynacja prędkością po odpięciu dodatkowych kółeczek i… rozbite kolano wkrótce potem. W czasach, gdy o kaskach (nie mówiąc o GPS-ach i spodenkach rowerowych) nikt nawet jeszcze nie myślał, poznawałem bliższe i dalsze okolice na rowerze. Dzisiaj do tego wróciłem. Fascynuje mnie zwłaszcza odkrywanie lokalnych tajemnic, jeżdżenie tam gdzie nikt nie jeździ, eksploracja tras łączących ciekawe miejsca z odrobiną wyzwania sportowego. Teraz dzielę się tymi odkryciami z Wami. Mam nadzieję, że zainspiruję Was do odkrycia z siodełka innych Mazur – dzikich, trochę bezludnych i całkiem górskich. Takich Mazur od d… strony.

Najnowsze komentarze