75-100 km Trudna

Everest i K2

on
11 czerwca 2020

Everest i K2. Jednego dnia. Bez tlenu i Szerpów

Całkiem sporo asfaltów, ale ogólnie trasa trudna. Długość: 79km. Spore przewyższenia jak na Mazury. Pusto i pięknie.

W góry czy na Mazury? Odwieczny dylemat, gdzie jechać na urlop. Źródło rodzinnych konfliktów, wojen i rozwodów. Dziś dowiecie się, jak uporać się z tym problemem raz na zawsze. Bo góry są na Mazurach! Może z perspektywy „Omegi” na środku Śniardw Mazury wyglądają na płaskie. Ale wystarczy wysiąść z łódki i odbić trochę na wschód, by krajobraz mocno się pofałdował.

Te góry widać z okna mojej sypialni. Najlepiej o świcie. To te garby na horyzoncie. Wiem, wiem, to nie Himalaje. Alpy też nie. Ani nawet Tatry. Mimo to zaręczam – idzie się zmęczyć.

Szeska Góra
Szeska Góra

Żeby nie było za łatwo, wjadę dziś od razu na dwa najwyższe szczyty Mazur: Szeską Górę (309 m n.p.m) oraz Tatarską, zaledwie o metr niższą.

Startuję jak zwykle z Folwarku Łękuk, nie pytajcie mnie dlaczego akurat tam. Na początek moja ulubiona trasa przez Puszczę Borecką – obok leśnego jeziorka Dubinek (w którym podobno mieszka dwumetrowy sum ludojad), a potem wygodną drogą szutrową wzdłuż rynnowego jeziora Litygajno do Zamościa (to już blisko gór, nie?).

W Zamościu kaczka zniosła jajo na drzewie i zrywa się do lotu.

Dalej wzdłuż zachodniego brzegu dużego jeziora Łaźno i Piłwąg (to ostatnie objęte jest częściowo rezerwatem „Mazury”; gniazduje tam m.in. orlik krzykliwy. Po lewej zaś kolejny rezerwat Lipowy Jar. W Leśnym Zakątku w prawo – fajny i zupełnie nieuczęszczany asfalt do Czerwonego Dworu.

Tam przy nadleśnictwie w lewo, po czym na rozjeździe do Jabłonowa i Staczy.

Po drodze mijam malowniczy przełom rzeki Mazurki. W Staczach w lewo w nowiutki unijny asfalt, który niestety przy zupełnie nieunijnych blokach się kończy.

I jeszcze tylko Golubie Wężewskie; tam w prawo za zielonym szlakiem, i już dojeżdżam do znaku, który nie pozostawia wątpliwości. Oto stoję pod mazurskim Everestem.

Na szczyt prowadzi całkiem wygodna leśna droga. Problem polega tylko na tym, że jest zajebiście stroma i ciągle pod górę. Sytuacji nie ułatwia fakt, że po obu stronach ciągną się nieskończone pola poziomek, wielkości dmuchanych truskawek zresztą. Na szczycie jest nawet platforma widokowa (z której na zdrowy rozum musi być widać moją sypialnię). Oraz pomnik przyrody w postaci rachitycznego cisa, którego należy jednak docenić, bo to północno-wschodni kraniec jego występowania (nieco na południowy-wschód leży rezerwat Cisowy Jar, gdzie jest ich więcej).

Zjazd z Szeskiej jest fantastyczny, tylko uważajcie pod koniec, bo droga skręca ostro i jeśli w porę nie wyhamujecie, to wylądujecie na jednym z tych cisów albo innej sośnie.

Jeśli przeżyjecie, to na dole w lewo, a w Szeszkach kolejny raz w lewo, do wsi Wilkasy. Bardzo malowniczo, tylko droga leśna po wycięciu połowy lasu i przeciągnięciu tysięcy pni wygląda jak na zdjęciu.

W Wilkasach kieruję się na Zatyki i tam w lewo. Tu właśnie na 300 hektarach biegają sobie jelenie, świniodziki, muflony, lamy, a nawet zebry i wielbłądy. Można je sobie obejrzeć z samochodu terenowego, a nawet amfibii. I faktycznie, droga kończy się w… jeziorze. Niewiele myśląc, wskakuję do niego, zwłaszcza że upał mocno daje się we znaki.

OK, teraz na Tatarską Górę. Drugi najwyższy szczyt na Mazurach. Jeszcze kiedyś zaatakuję go zimą, mam nadzieję jako pierwszy. Czemu Tatarska? Otóż jakieś 350 lat Tatarzy wpadli do Prus, żeby trochę pochędożyć z miejscowymi kobitami, a ich facetów wywieźć na roboty. Jak już pochędożyli, to facetów związali i udali się w drogę powrotną, zatrzymując się na popas na tejże górze (która wówczas nazywała się mało medialnie, a mianowicie Gajek; w okolicy jest zresztą więcej Tatarskich Gór, i nie jest wcale pewne, że rzecz się działa akurat na tej). A że zdobyli też w Prusach trochę trunków, i nie bardzo im się chciało je ciągnąć do swojego Tatarstanu, toteż trochę napoczęli te zapasy. Wówczas żony tych, co to ich Tatarzy porwali, nie wiedzieć czemu postanowiły odzyskać swoich mężów. Przecięły im więzy, a ci pozabijali nachlanych Tatarów ich własnymi mieczami.

Dziś ani jednego Tatara, pijanego bądź trzeźwego, tam nie ma. Ani w ogóle nikogo. W przeciwieństwie do Szeskiej, tu się raczej wjechać nie da. Nawet z wejściem nie jest łatwo. Zwalone drzewa, zarośla, pełno pokrzyw. Nie to co ten gładki śnieżek na K2. I tryliony komarów (na K2 też nie ma tych krwiożerczych sukinsynów). Sami widzicie, że to nie żarty.

A na górze niespodzianka: jeziorko zostawione przez lodowiec. Najwyżej położone na Mazurach (293 m n.p.m.), Jeziorko Tatarskie. Takie Morskie Oko (też się kąpać nie wolno, bo rezerwat – rzadka turzyca wąskokwiatowa, rosiczka, bagnica torfowa, traszki i padalce oraz zrabowane przez Tatarów skarby). A także tojad mocny, gatunek typowy dla lasów górskich (jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości, gdzie jesteśmy). Zresztą szczerze polecam, gdyby którejś z czytelniczek jakiś Tatar uprowadził męża – to jedna z najsilniej trujących roślin rosnących w Polsce.

Jeziorko, delikatnie mówiąc, ogromne nie jest, no i mocno zarośnięte. Poza tym na dnie leżą zabici Tatarzy (chociaż chyba ich traszki i padalce przez 350 lat zdążyły zeżreć). W każdym razie wznoszę toast za ich dusze wodą z pobliskiego gospodarstwa (wyjątkowo nie mieli kumysu, który poza tym jest ohydny). W gospodarstwie tym jeszcze niedawno mieszkał niejaki Szyszko…

Wracam do Łękuka nieco bardziej na północ, przez Wronki Wielkie i Grabowo. Na początek kraina wiatraków. Są ich tu dziesiątki, stoją wszędzie. Na tym pustkowiu wyglądają dość surrealistycznie.

We Wronkach wjeżdżam na szlak rowerowy Green Velo i jadę w stronę Grabowa. Jedzie się wygodnie i po płaskim. Nie ma nikogo. W Grabowie zjeżdżam ze szlaku i nareszcie jest sklep (pierwszy od rana)!

Stamtąd malowniczym asfaltem na Dunajek i z powrotem do Czerwonego Dworu. W Dunajku jeden z niewielu zachowanych jeszcze na Mazurach pomników poległych w czasie I wojny światowej, w dodatku z tablicą po polsku. Dunajkowianom szacun za tolerancję!

Dalej przez zagubione w lesie Wierzbianki do Czerwonego Dworu, a stamtąd z powrotem przez Leśny Zakątek i Zamoście do Łękuka.

TAGS
RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT

KRZYSZTOF
Mazury

Urodziłem się na Mazurach, nauczyłem jeździć rowerem w wieku lat 3, a jednym z moich pierwszych wspomnień z dzieciństwa była fascynacja prędkością po odpięciu dodatkowych kółeczek i… rozbite kolano wkrótce potem. W czasach, gdy o kaskach (nie mówiąc o GPS-ach i spodenkach rowerowych) nikt nawet jeszcze nie myślał, poznawałem bliższe i dalsze okolice na rowerze. Dzisiaj do tego wróciłem. Fascynuje mnie zwłaszcza odkrywanie lokalnych tajemnic, jeżdżenie tam gdzie nikt nie jeździ, eksploracja tras łączących ciekawe miejsca z odrobiną wyzwania sportowego. Teraz dzielę się tymi odkryciami z Wami. Mam nadzieję, że zainspiruję Was do odkrycia z siodełka innych Mazur – dzikich, trochę bezludnych i całkiem górskich. Takich Mazur od d… strony.

Najnowsze komentarze